Home / Kultuzrywka / Wilcze morze – idealna książka do poduszki.
dsc_0146.jpg

Wilcze morze – idealna książka do poduszki.

Choroba to całkiem niezła okazja do nadrobienia zaległości czytelniczych, oczywiście po pokonaniu bólu zatok i podwyższonej temperatury, bo z tymi towarzyszami to mógłbym co najwyżej czytać w swoich myślach, choć i to niekoniecznie. Ale bezczynne leżenie jest chyba gorsze niż sam fakt choroby, więc po zebraniu się do kupy postanowiłem dokończyć „Wilcze morze”.

To druga, po „Skarbie Attyli” część sagi o losach grupy wikingów zwanych Zaprzysiężonymi. W pierwszej części poznajemy głównego bohatera, niejakiego Orma Zabójcę Niedźwiedzia, który przez dość niefortunny splot wypadków dołączył do grupy nieustraszonych wikingów, którzy postanowili wyruszyć w poszukiwaniu legendarnego skarbu przywódcy Hunów. Jeśli chodzi o pierwszą część, zaczynała się ciężko, trudno wejść w świat zgoła odmienny, choć dość popularny (kto oglądał serial ‚Wikingowie’, to wie). Ale po połowie fabuła płynęła jak drakkar po Bałtyku. I tyle jeśli chodzi o pierwszą część, w której jest więcej niż jeden istotny wątek.

„Wilcze morze” kontynuuje wątki pierwszej części – są one głównym tłem, ponieważ Orm, który został przywódcą grupy jako jedyny może odczytać runy, które zaprowadzą naszych śmiałków do góry srebra w grobowcu wodza Hunów. Runy umieszczone są na szabli, z którą nasz bohater się nie rozstaje. A przynajmniej nie powinien…

W tej części Zaprzysiężeni borykają się z wieloma trudnościami, wikłają się w wiele nawet politycznych intryg, docierają nawet do Afryki, gdzie stają do walki z wyznawcami Allaha. Zdobywają również skarb, który może okazać się cenniejszy niż wiele innych. Nawet skarb Attyli.

Książka wypełniona jest opisami zwyczajów, zabobonów i codziennego życia grupy wikingów na obcej ziemi – napisana jest wiarygodnie, choć momentami czytając odnosiłem wrażenie, że jest to doskonała bajka do poduszki. Właściwie jest doskonałą bajką – dla raczej chłopców którzy żyją w większości z nas. Chłopców którzy chcieliby czasem przenieść się w czasie do wczesnego średniowiecza, poczuć w spoconej dłoni rękojeść miecza, drżące od adrenaliny kolana, przyspieszony oddech na widok wroga. Dla chłopców, którzy czasem chcieliby siąść z kompanami przy ognisku, jeść pieczone mięso rękami, popijać miodem czy piwem z rogu, a w tzw międzyczasie splądrować jakąś wioskę przybijając do fiordu drakkarem. Książka doskonale przenosi chłopców w tę rzeczywistość czasem weryfikując, czy rzeczywiście chłopcy by tam chcieli.

Polecam, zwłaszcza fanom serialu „Wikingowie”, który pomimo wszystko jest trochę bardziej cukierkowy niż jest to opisane w książce, a ta z kolei prawdopodobnie jest dużo bardziej cukierkowa niż rzeczywistość.