Home / Kultuzrywka / Zimna wojna – historia jak wiele innych

Zimna wojna – historia jak wiele innych

 

No dobra panowie, który z Was przeżył kiedyś związek z panną fatalną? Taki co to się składał głównie z rozstań i powrotów poprzeplatanych wielkim szczęściem i jeszcze większą rozpaczą? Mam wrażenie, że niejeden z Was ma za sobą takie doświadczenie. A która z Was dziewczyny była femme fatale? Taką, która czegoś chciała i odchodziła gdy dostawała? Albo taką która zupełnie nieświadomie deptała serce tego jedynego raz na jakiś czas tylko po to, by móc je potem próbować sklejać?

Taka właśnie jest „Zimna wojna” – jest gorzką, smutną, poprzeplataną uniesieniami historią dwójki artystów, którzy odnaleźli się gdzieś w okolicy połowy dwudziestego wieku w środku bagna którym była Polska Ludowa tuż po wojnie. On – muzyk z prawdziwego zdarzenia, Ona – szara myszka wyłowiona w socrealistycznym castingu do zespołu pieśni i tańca ludowego. Jak to często się zdarza w tego typu opowieściach, okazało się, że artysta jest kochliwy wyjątkowo, choć niekoniecznie w jednej, a szara myszka to wilczyca w owczej skórze.
Przede wszystkim jednak, to dwie osoby które pomimo łączącego uczucia nie mogą ze sobą (i bez siebie) żyć.
Wszystko to ubrane w czarno biały obraz o dużym kontraście i towarzyszącą temu nostalgiczną muzykę ludową, nostalgiczny jazz, a także jedno i drugie jednocześnie.

„Zimna wojna” to dobry film, zarówno pod względem treści jak wykonania. Rozpoczynający się w mrocznej, powojennej rzeczywistości obraz od samego początku zachwyca czarno białymi ujęciami wyciągniętymi z dna depresji, szarości, smutku, biedy i beznadziei wczesnego socrealizmu. Później czerń, biel, kontrasty i ostre krawędzie potęgują uczcie beznadziei i niepokoju o dalszy los bohaterów, którym świat, a właściwie oni sami gotują nie do końca przyjemną rzeczywistość.
Jedyne do czego mógłbym się przyczepić, to brak bliskich ujęć twarzy i ocu tak charakterystycznych dla kina noir, z którego tradycji (tak mi się wydaje) reżyser czerpał garściami.