Home / Kultuzrywka / Zygmunt Miłoszewski – Domofon
dsc_0149.jpg

Zygmunt Miłoszewski – Domofon

„Domofon” to nie jest lektura ambitna. Autor nie dostanie raczej Nobla czy innej prestiżowej nagrody – przynajmniej nie za tę książkę. Trudno z resztą peany piać nad horrorem.. Czy tam thrillerem z paranormalnym tłem. Cała fabuła nie jest też jakoś wyjątkowa. Na uwagę natomiast zasługuje sposób jej podania.

Cała historia osadzona jest w polskich do granic bólu realiach, które zna prawie każdy – w bloku z wielkiej płyty na warszawskim Bródnie, do którego wprowadza się młode małżeństwo chcące wynieść się z małego miasteczka i w końcu zacząć żyć. Miejsce i ludzie są tak do szpiku kości prawdziwi, że każdy zna przynajmniej jeden, ale najczęściej więcej typów ludzi, którzy występują w powieści. Jest tu wcześniej wspomniane młode małżeństwo realizujące swój wielkomiejski sen ona w korpo, on niespełniony artysta, którego mierzi stała posada, jest alkoholik, któremu w życiu coś nie pykło i jedyne co ma to mieszkanie i przebłyski chęci powrotu do normalności – najczęściej jednak ma zjazd, a rzyganie i sikanie po klatkach schodowych to nie jest jakaś szczególna odskocznia od normy. Jest też zbuntowany maturzysta, który wie czego chce, a przynajmniej tyle, że nie tego co rodzice – typowy Janusz z wąsem i Grażyna która w domu ma wiele do powiedzenia, pod warunkiem, że to samo rzekł wcześniej Janusz. Jest też lokalna dewotka, w której mieszkaniu podobizny papieża polaka nie ma tylko na kiblu, bo to nie przystoi.

Jest też kilka wątków, bo każda z postaci ma jakąś historię, co ich jednak łączy, to blok z wielkiej płyty w którym dzieją się rzeczy daleko odbiegające od szeroko pojętej normy i są mniej lub bardziej (to częściej) makabryczne. Całą tę zagadkę próbują rozwikłać nastolatek, alkoholik i dziewczyna – młoda żona artysty, któremu wraz z dziwnymi wydarzeniami w bloku również zaczęło się odklejać to i owo w mózgu.

Sielankowo nie jest, zwłaszcza kiedy rąbka tajemnicy uchyla zdziwaczały kaleka na wózku z ostatniego piętra o którym większość nawet nie wiedziała, że istnieje. Tym bardziej nie wiedzieli, że w pewnym sensie trzyma on rękę na pulsie całego budynku.

 

To, że książka nie jest literaturą ambitną wcale nie oznacza, że jest zła. Wręcz przeciwnie – jest bardzo dobra. Jak najbardziej polecam – świetnie nadaje się na lekturę w pociągu, tramwaju, samolocie, ławce w parku czy innym miejscu które nie jest blokiem z płyty.