Home / W głowie / Diabeł ubiera się u Prado (część 2)

Diabeł ubiera się u Prado (część 2)

 

Szum w mojej głowie przypominał groteskowy wodospad. Przy okazji cholernie bolało, a tuż nad potylicą czułem guz wielkości Giewontu. Mimo wszystko to całkiem dobry znak – gorzej byłoby gdybym od razu się zrzygał. To świadczyłoby o nielichym wstrząśnieniu mózgu i prawdopodobnym krwiaku. Nic takiego na szczęście nie nastąpiło. Po prostu bolało. W takich sytuacjach człowiek przekonuje się o prawdziwości filmowych frazesów typu „ból jest dobry, bo wiesz, ze żyjesz”. Choć wolałbym się raczej nie przekonywać.

Leżałem na swoim zaimprowizowanym łóżko materacu, w swoim pokoju, w swoim już nie tak czystym jak przedtem garniturze.  Uszy przeszywał okropny, powtarzalny dźwięk. Natrętny jak komary latem albo jak kościelne dzwony o szóstej rano. Dzwony – to telefon, tylko dzwonek jakiś dziwny. Zobaczyłem na biurku słabe zielone światło starej nokii. Pytania skąd, dlaczego, jak i po co szturmowały moją głowę. Pomimo bólu udało mi się wstać i z wielką dozą nieśmiałości doczłapałem do biurka. Telefon przestał dzwonić, a ja wpatrywałem się w niego tępo przez parę chwil. Dzwonił numer zastrzeżony – nie sposób oddzwonić. Wtedy dotarła do mnie rzeczywistość. Nie tyle brutalna, co groteskowa. Cały pokój, ba, całe mieszkanie wywrócone było do góry dnem. Książki z regałów zrzucone na podłogę, szuflady biurka tak samo. Wszelkie możliwe szafy, szafki i szafeczki również. Co do cholery? Drzwi były zamknięte, klucze leżały na blacie w kuchni, która nota bene również była przetrząśnięta. Szybki rzut okiem pozwolił się zorientować, że nie ma żadnej elektroniki. Zniknął laptop, aparat, telefon, nawet konsola. Telewizor został. Ani śladu po twardym dysku, pamięciach masowych, kartach sd. Telefon zadzwonił ponownie.

–  Witam pana, panie Prado – wypaliłem bez zastanowienia. Widzę, że nie mógł się pan powstrzymać.
– Witam Dolonais, chyba jestem winien panu pewne wyjaśnienia.  Sprawa, którą się pan zajmował, wymagała szczególnej dyskrecji, a zarazem wyjątkowych środków ostrożności. Nie mogłem sobie pozwolić, żeby zostawił pan dla siebie chociaż szczątkowe dane czy notatki. Stąd ten bałagan. Proszę się nie martwić o finanse – wszystko zostanie panu zrekompensowane
– Oczywiście w swoim czasie, jak rozumiem?
– Proszę podnieść materac, jest tam gaża plus bonus za straty. Powinno wystarczyć – z nawiązką.

Podniosłem materac nogą, pod spotem równo ułożone leżały pakiety banknotów
– a skąd pewność, że nie przechowuję danych w sieci?
– A skąd miałeś pewność, że to banknoty a nie na przykład ładunek zapalający? Równie dobrze mógłbym nie płacić, zostawić drzwi otwarte i tyle mnie widziałeś. A dane w chmurze przechowujesz, tak samo jak większość haseł na laptopie. Mam nadzieję, że kasy wystarczy. Nie próbuj do mnie dotrzeć, nie próbuj szukać kontaktu. Bo będzie boleć bardziej.

Skurwiel się rozłączył. Żartowniś kurwa jego mać. Zostawił mnie ze starą nokią – ciekawe, czy to nią mi przyłożyli. Właściwie, nadała by się  ze swoim gabarytem. Poszedłem do kuchni – tutaj przynajmniejj nie wyrzucali rzeczy na podłogę – obeszli się czule ze szkłem – chociaż tyle. Nie myśląc jeszcze o sprzątaniu nalałem sobie pełną szklankę Jacka Danielsa i siadłem do liczenia kasy. Siedemdziesiąt kawałków – w gotówce, bez podatku. Zastanawiałem się przez chwilę, co mogę zrobić z takimi pieniędzmi. Oczywiście niezbyt wychylając się, że rzeczywiście je mam. Przecież nikt mi nie uwierzy, że zarobiłem za barem. W połowie drugiej szklanki postanowiłem zastanowić się nad tym kiedy indziej. Następnego dnia musiałem iść do pracy, więc położyłem się spać. Tym razem już nie w garniturze. W głowie miałem już tylko „nie próbuj do mnie dotrzeć”.

  – Nie będę – powiedziałem na głos – Jeszcze nie teraz.