Home / W głowie / Ta cholerna pogoda… (Część 1)

Ta cholerna pogoda… (Część 1)

Ta cholerna pogoda… Deszcz padał już od tygodni obmywając miasto z całego syfu. Brud, a z nim smród płynęły regularnie rynsztokiem jakby nigdy nie miały przestać. A wszystko to kończyło w rzece i płynęło dalej. Taka kolej rzeczy. Siedziałem w Pijalni Wódki i Piwa biorąc kolejnego tatara w nawias pięćdziesiątek czystej. Towarzystwo było dość niewielkie i nieruchawe jak na tą porę. I nic dziwnego – zimno, brudno, szaro, smutno. Większość dopiero wyszła z pracy, nawet urywki rozmów wybrzmiewały jeszcze drukarkami, telefonami, kontrahentami. Jakby w tym miejscu chcieli strząsnąć z siebie resztki codziennego „ja”. Jak ten brudny deszcz z płaszcza. I w samym środku tego ja. Przy barze. W garniturze. Zupełnie nie pasowałem do tego całego widowiska. Skończyłem tatara, strzeliłem lufę i spojrzałem na barmana. Miał blond włosy,  nienagannie zaczesane do tyłu, uśmiech nie schodził mu z twarzy, która z resztą była najgładziej ogoloną twarzą jaką w życiu widziałem. Zawsze. Zawsze też był grzeczny i spokojny – właściwy człowiek na właściwym miejscu. Nie znaliśmy się, niewiele rozmawialiśmy, a jednak miałem wrażenie, że rozumiemy się doskonale. Uśmiechnąłem się, a on zaczął przygotowywać kolejną porcję i dwa kieliszki zmrożonej wódki. Co jak co, ale tatar mają świetny. Mięso, żółtko, cebula, ogórek – po prostu definicja.  Wszyscy wokół byli co raz bardziej rozluźnieni, weseli i głośni. A w tym wszystkim ja – spięty jak korporacyjny Japończyk mający za chwilę popełnić seppuku. Siedziałem tak z ponurą miną i jeszcze bardziej ponurymi myślami, zastanawiając się, co jeszcze może pójść nie tak jak powinno

Klient miał pojawić się już pół godziny temu. Spóźniał się zawsze – jak wszyscy w tym mieście. Dla mieszkańców Krakowa czas jest bardziej względny, a godzina spotkania jest raczej luźną wskazówką, niż jedną z reguł które trzymają ten świat w kupie.

Zobaczyłem go jeszcze zanim wszedł. Skończył papierosa, wyrzucił niedopałek i wszedł wypuszczając resztki dymu w lokalu. Marcin Prado był mężczyzną w okolicach pięćdziesiątki. Wyglądał młodo jak na swój wiek – był dobrze zbudowany i jeszcze lepiej ubrany. Szpakowate włosy na skroniach dodawały mu profesjonalnego wyglądu. Marcin był biznesmenem. Tym rodzajem biznesmena, którego nie lubię najbardziej. W latach 90 tych dorobił się wielkiego majątku szyjąc ciuchy. Najpierw dresiarskie bluzy z kapturem i podróbki dresów, później poszedł w garnitury. Po kilku latach pół narodu nosiło jego garnitury na komunie wesela i tym podobne imprezy. A sam Prado miał już kilkanaście szwalni, dwie wielkie posiadłości, co rok albo dwa nowy model samochodu i tyle pieniędzy ukrytych na różnych kontach, że sam święty Antoni by nie znalazł.

Oprócz tego Marcin Prado miał jeszcze drugą twarz i drugie życie, ale o tym dowiedziałem się dopiero później. Wiadomo, że gdzie pojawiają się duże pieniądze tam pojawiają się smutni panowie którzy chcieliby partycypować w zyskach. Prado wyczuł pismo nosem i od razu się z nimi skumał. Zatrudniał, prał, dywersyfikował zyski, czuł się z nimi jak ryba w wodzie, ale oficjalnie – sza. Przez to wszystko obrósł w jeszcze większe poczucie wyższości i pychę. Podejrzewałem, że nawet sypia w garniturze, wszystkim, łącznie z dziećmi każe mówić do siebie przez „pan” i nawet sra unosząc się nad sedesem około pół metra albo wyżej.

Nie zmienia to faktu, że wciąż pozostał niepewnym siebie paranoikiem, który wynajmuje podrzędnych detektywów amatorów, żeby śledzili jego żonę, dziewczynę czy kochankę. Wcześniej zastanawiałem się, dlaczego skontaktował się ze mną, przecież stać go na lepszych, skuteczniejszych. Później dopiero zrozumiałem. Lepsi i skuteczniejsi nie potrzebowali pieniędzy tak bardzo, żeby wikłać się w interesy z Panem Prado.

– Dzień dobry – rzuciłem z udawanym uśmiechem, starając się opanować drżenie głosu. Wypadło nieszczególnie.
– Witam – odpowiedział niechętnie, po czym dodał: – Nie mogliśmy się spotkać w bardziej cywilizowanym lokalu?
– Tutaj dobrze mi się czeka, jest tanio a poza tym mają niezły tatar. Możemy przenieść się do innego lokalu jeśli sobie Pan życzy, ale wtedy to już nie ja płacę.
– Ubrany jesteś odpowiednio, więc chodźmy.
– Jeszcze tylko jedno – nie spodoba się panu to, co dla pana mam.

Uśmiechnął się tylko nieznacznie i ruszył w stronę drzwi nie czekając aż założę płaszcz. Powietrze śmierdziało dymem z kominów, latarnie i szyldy odbijały się bladym światłem w mokrych chodnikach, a na to wszystko padał zimny deszcz. Już miałem pytać dokąd idziemy, kiedy poczułem nagły ból z tyłu głowy i osunąłem się wprost do rynsztoka. W czystym, kurwa, garniturze. Ta cholerna pogoda…