Home / W życiu / Bangkok – pierwsze spotkanie z Azją

Bangkok – pierwsze spotkanie z Azją

W Bangkoku pierwszy raz zderzyłem się z azjatycką kulturą. Było to zderzenie silne, ale nie bolesne. Na dzień dobry, tuż po dobowej podróży, z głową zaburzoną zmianą strefy czasowej wsiadłem do pociągu. Później do metra, a później desperacko chciałem dotrzeć do hostelu. W międzyczasie tak zwanym może coś zjeść – w końcu po to między innymi przyjechałem. Tuż później jakiś tubylec zaoferował pomoc i już po chwili nie wiadomo dlaczego siedziałem w tuk tuku oferującym obwoźną wycieczkę po świątyniach i krawcach, którzy wszystko mieli najlepsze, na miarę i tak dalej.

Z krawców nie skorzystałem, natomiast kilka świątyń zobaczyłem. Z tego chyba głównie słynie Bangkok – świątyń tutaj co nie miara. Mniej lub bardziej spektakularnych, natomiast najbardziej buddyjskich jakie do tej pory widziałem. Widziałem leżącego Buddę, stojącego Buddę, siedzącego Buddę, złotego, grubego, chudego, w środku, na zewnątrz, w sklepie i w domu. No wszędzie jest…

Bangkok duży jest i kolorowy. Świątyń pełen. I skrajności. możemy tu spotkać ogromne szklane wieżowce tuż obok których ludzie mieszkają we wnęce w ścianie. Knajpy urządzone są w garażach lub eleganckich budynkach, można zjeść na ulicy i w restauracji z białymi obrusami. Wolę garaże i ulicę – tu czuję się swobodniej

 

 

 

„A widziałeś tego, no – lejdiboja?”

No widziałem – kilku/kilka. Lepiej lub gorzej „zrobionych” – jednego można było poznać po skrzekliwym głosie, innego zdradziło jabłko Adama a innemu bezczelnie pindol wybrzuszał obcisłą sukienkę.

„No i co?”

No i nic – kontynuowałem picie piwa, czy tam jedzenie, czy cokolwiek innego.