Home / W życiu / Mróz w Bieszczadach

Mróz w Bieszczadach

O wyprawie w Bieszczady myślałem już od dawna. tak gdzieś od około dwóch lat, kiedy byłem po raz pierwszy i urzekł mnie spokój który tam panuje. Bardziej myślałem o tym w kategoriach wyjazd samotnie latem lub pierdolnięcie tym wszystkim i wyjechaniu na zawsze… No ale… Tak się wydarzyło, że znalazłem się tam zimą. Dość srogą, bo w najzimniejszy weekend roku (choć to tylko jego początek).

 

Zaczęło się niewinnie, bo od małej posiadówy (przez ludzi po trzydziestce zwanej już szumnie imprezą) w czwartek w Rzeszowie. Miło, sympatycznie i w ogóle najlepiej jak na rozpoczęcie weekendu. W piątek umiarkowanym przedpołudniem już jechaliśmy w stronę najbardziej wyludnionych gór kraju. Na termometrze minus kilkanaście, odczuwalna ponad dwadzieścia.

 

wp-image-87190854jpg.jpg

 

Na miejsce dojechaliśmy tak zaawansowanym popołudniem, że pozostało tylko wypoczywać, lub udać się na piwo, co też skwapliwie grupa uczyniła. Jedna część jedno, druga drugie. Bo nikt nikogo miał nie zmuszać na tym wyjeździe. Piwkowanie było super, później niestety/na szczęście przerodziło się to w słuszne w sporych ilościach chłostanie alko w saunie (don’t ask me jak i dlaczego to się wydarzyło) co okazało się niekoniecznie zbawienne dla organizmu i towarzystwa…. No cóż –  mea culpa, mea culpa, mea bardzo wielka culpa. Pozostał wstyd, niedowierzanie, zgrzytanie zębów, płacz i głęboka chęć i postanowienie poprawy.

 

wp-image-2141985316jpg.jpg

 

Sobota rozpoczęła się od nakłaniania na biegówki (narty biegowe) pomimo nieszczególnej chęci 50% zainteresowanych. Całą sprawę zakończył z klasą pan w wypożyczalni, który niemalże pukając się w głowę powiedział, ze za zimno, że biegówki w tę pogodę (-23 stopnie) to raczej dla zaawansowanych. Mimo to nic nie przeszkodziło nam wybrać się na spacer na Połoninę Wetlińską.

 

wp-image-1633818468jpg.jpg

 

Kac i procesowanie wstydu były w tym momencie najmniejszym moim zmartwieniem.  Znacznie większym było te -23 stopnie, przy czym odczuwalna temperatura u podnóża gór – około trzydziestki….

 

wp-image-961343804jpg.jpg

 

Jak pomyśleli, tak zrobili – poszliśmy pod górę. 25% wycieczki wypruło z kopyta i już po chwili straciliśmy ich z oczu. Ja tam czołgałem się powoli starając się mieć na oku najsłabszych i najwolniejszych, w razie co – nawet pomimo faktu, że szlak nie był pusty

 

wp-image-1960822269jpg.jpg

 

Dotarcie na szczyt zawsze jest spoko – nawet jeśli na szczycie odczuwalna temperatura jest około -35 stopni, kibel jest zamarznięty, a w schronisku ślizgasz się lepiej niż na lodowisku. Było najlepiej.

 

wp-image-1733698378jpg.jpg

wp-image-1476218632jpg.jpg

wp-image-233026969jpg.jpg

W trakcie powrotu zszedłem ze szlaku jeden krok i wpadłem w śnieg po pas. Jedną nogą. Żeby się wygrzebać potrzeba była pomoc – dość istotna. Później rozmawiałem z facetem, który zapadł się w śnieg po pachy. Wydostanie się było trudne głównie ze względu na rakiety na nogach. Zajęło to kilka dobrych godzin. Tylko dlatego, że wybór był prosty – albo teraz, albo dopiero na wiosnę przy roztopach. Bądźcie zatem ostrożni, bo z naturą nie ma żartów.