Home / W życiu / Po co przedłużać umieranie ?

Po co przedłużać umieranie ?

PHOTO_20140127_073145

Wtyczkę wyciągnąłem około godziny 12 w południe. Nie było sensu przedłużać tej agonii. Światełka zgasły, zapadła cisza. Miałem zrobić to już wcześniej, ale jakoś nie mogłem się przełamać. Może  wydawało mi się że będzie to jakoś długo trwało, że będzie z tym mnóstwo roboty i syfu przy okazji. Decyzję podjąłem spontanicznie, nie planuje się takich rzeczy szczególnie długo. Bo i po co ?

Jeszcze miesiąc temu tryskała życiem, w ostatnich dniach jednak osłabła tak bardzo że wiedziałem. Koniec już bliski. Wziąłem ją na ręce, zaniosłem do kuchni, na płytki żeby nie ubrudzić parkietu w pokoju. Worki na śmieci się skończyły, w szafce były jeszcze reklamówki, skrupulatnie odkładane,  czasem używane w charakterze substytutu. Przygotowałem te największe i najmocniejsze.

 

Krzątałem się szukając swojego noża już z pięć minut, przeglądałem nerwowo szafki. Gdzie się mógł podziać. Jest to ciężki, spory fiński nóż – idealny do tego typu zadań. Chwilę zastanawiałem się gdzie go mogłem zapodziać. Nie miałem zbyt wiele czasu żeby go szukać więc odpuściłem. Postanowiłem użyć noża kuchennego, ten z kolei lekki, przypuszczałem że będzie ciężko. Z drugiej strony nie miałem nic lepszego. Chwilę się jeszcze pokręciłem po kuchni, rozłożyłem wokół reklamówki, żeby zminimalizować bajzel jaki zaraz miał nastąpić. Przebrałem się w jakieś stare rękawiczki, „roboczą” bluzę z kapturem, wszystko co mógłbym ewentualnie wyrzucić po wszystkim gdyby zbytnio się upieprzyło. 

Najtrudniejszy był pierwszy cios

 

W końcu trzeba było zacząć. Uklęknąłem przyglądając się, gdzie najlepiej ciąć. Wybrałem miejsce, zamach, ciąłem. Nóż uwiązł głęboko, a i tak nie przeciął wszystkiego tak jak powinien. Poczułem na rękawiczce klejącą maź. Wyszarpnąłem nóż energicznym ruchem, ciąłem drugi raz. Tym razem przeszedł na wylot. Później już poszło znacznie łatwiej, byłem bardzo zaskoczony, że tak łatwo. Kolejne cięcia były już bardziej precyzyjne, każde udane. Zapełniałem kolejne reklamówki, nie całkowicie, postanowiłem dorzucić do nich po trochy z tego wszystkiego co zostawało na podłodze. Co okazało się niezbyt mądrym pomysłem, bo dwóm reklamówkom urwały się uszy. Dobrze że nie była duża. Żałowałem przez chwilę że nie mam samochodu, wywiózł bym ją do lasu, wykopał dołek i po krzyku. A tak trzeba było się pomęczyć. Na szczęście w miarę szybko skończyłem, obok stały spakowane reklamówki. 

 

 

Zebrałem resztki tego co zostało na podłodze, później skrupulatnie wycierając mopem. Pozostała kwestia pozbycia się reklamówek. Zastanawiałem się chwilę czy to rozsądne wyrzucać wszystko na raz do wspólnego kontenera, ale z drugiej strony dlaczego nie. Partiami znosiłem reklamówki na dół, i wrzucałem do śmietnika. Trochę było mi żal, jednak bardziej myślałem o tym że trzeba było to zrobić, i lepiej teraz niż później. Zdecydowanie tak.

 

 

 

Po wszystkim usiadłem na kanapie, zdjąłem klejące się od żywicy rękawiczki, i postanowiłem że w przyszłym roku kupię sztuczną choinkę.

  • w ten oto sposób mojej choince wyrządzono coś na kształt eutanazji ….